Zastępujmy człowieka maszyną! – czyli lekcja historii wobec strachu.

15 lipca 2019

Ostatnimi czasy bardzo często natykam się na najróżniejsze obawy związane z postępem automatyzacji, czyli rozwoju automatyki, SI, czy robotyki. Jednymi z głównych zarzutów są „dehumanizacja”, „kradzież pracy przez maszyny” lub obawy o zorganizowanie przyszłych gospodarek państw – te ostatnie są szczególnie głośne w Dolinie Krzemowej, gdzie dyskutuje się nawet nad odświeżeniem idei tzw. Dochodu Gwarantowanego.

Na ratunek naszej racjonalności w obliczu strachu chciałbym przywołać historię automatyzacji, która jest naprawdę starsza, niż nam się wydaje. I lepsza, niż moglibyśmy sobie wyobrazić.

Pierwszy człowiek, który stracił pracę na rzecz maszyny

Hej, przede wszystkim, nie bierz do serca tytułu. Drobna doza clickbaitu to dziś mix chleba powszedniego i sztuki. Zastępujmy ludzi robotami, ale nie wszystkich na raz i nie w tym samym czasie! Tak, jak postępuje to naturalnie od setek lat – a nawet tysięcy, jeśli brać pod uwagę automatykę. Może myślałeś, że umieszczę Cię w XVIII wieku? Przenieśmy się znacznie dalej.

Kiedy to wszystko się zaczęło? Otóż pierwszą osobą, która musiała poszukać nowego zajęcia na rzecz maszyny, był pomagier greckich arystkokratów w I w. n.e. Z dzieła Pneumatica, autorstwa Herona z Aleksandrii, wiemy, że starożytni Grecy stosowali zaawansowane regulatory pływakowe do celów takich jak… automatyczne dozowanie wina. Regulatory służyły także projektom syfonów, których mechanizm pozwalał na automatyczne otwieranie drzwi świątyń i pałaców.

Gdyby przyjrzeć się jednemu przykładowi w skali mikro, możemy pomyśleć, że nie zależy nam na bogatym arystokracie, któremu teraz będzie wygodniej dzięki automatycznie otwierającymi się drzwiami lub uzupełniającemu się poziomowi wina. Jednak to tam, w greckim pałacu pojawiło się ostrzeżenie dla ludzkości – musisz się doskonalić, nauczyć się więcej. Twoje otwieranie drzwi – zgodnie z dzisiejszym rozumieniem potrzeb rynku – nie jest już tak ważne jak dawniej. I zaczęło się. Wiele wieków później, Carl Manger sporządzając Principles, napisze „sam człowiek jest początkiem i końcem każdej ekonomii”.

Nabieramy rozpędu i strachu – pierwsze protesty przeciw automatyzacji

Przez następne wieki kolejne zawody pojawią się i znikną. Maszyny na placach budów spowodują przeistoczenie się funkcji niewolnika w rzemieślnika, heralda zastąpi gazeta. Przykład pomagiera to już skala makro. Wiek XIX to już prawdziwa fala obaw o zanikanie rynku pracy. Powstaje radykalny ruch luddystów – zrzeszenie tkaczy, chałupników i różnego rodzaju rzemieślników, którzy nocą napadają na manufaktury i niszczą maszyny tkackie. W wyniku ich działalności straty szacuje się na 1,5 miliona ówczesnych funtów (dla porównania, 100 funtów to dzisiejsze 7 750 funtów z punktu widzenia siły nabywczej). Mimo rosnącego strachu rośnie rownież zatrudnienie. Szok! Podobnie wygląda wiek XX. Wskaźnik zatrudnienia rósł nieustannie, wraz z postępującą już na dobre automatyzacją. David Autor (MIT), na łamach EA Magazine (wiosna 2016, s.41), zauważa, że gdy kasjera bankowego zaczął zastępować bankomat, zwiększyła się ilość placówek bankowych. Wynik? Zwiększenie zatrudnienia i wartości pracy jednocześnie. Pracownicy zaczęli zajmować się pracą o wartości dodanej, np. tworzyli bardziej zaawansowane oferty i przykładali więcej wysiłku do sprzedaży, niż dotychczas.

Quo vadis human resources? 😉

Śmiem postawić tezę, że automatyzacja zwiększa naszą inteligencję. Trudnimy się coraz bardziej zaawansowanymi rzeczami, opracowujemy całe systemy rozwoju myślenia i pozwalamy sobie na stałą naukę akademicką w wieku, w którym nasi przodkowie jeszcze niedawno musieli pracować fizycznie. Nie musimy robić tego samego, bo nauka i technologia nas wyręczyły. Boty obsługują klientów lub rekrutują 24 godziny na dobę. Możemy spać, kiedy dochodzi do sprzedaży lub umówienia spotkania na rozmowę o pracę.

Niedawno na pewnym wydarzeniu HR-owym usłyszałem od przedstawicielki znanej firmy, że nie „zatrudniliby” bota do rekrutacji, gdyż to ludzka firma, a HR to najbardziej ludzki dział. Pełna zgoda, co do przymiotnika. Przypomniały mi się jednak wtedy bankomaty, które zwielokrotniły zatrudnienie w bankach i ich dochody. Podobnie bowiem jest z robotem wyszukującym i selekcjonującym kandydatów – zwiększa on finalnie efektywność rekrutera i zatrudnienie odpowiednich ludzi. Podobnie jak pierwsze maszyny tkackie, zajmuje się żmudnymi zadaniami ograniczającymi wcześniej możliwości ówczesnych rzemieślników i ich klientów. Stąd uważam, że matematyczny wzór automatyzacji w kontekście pracy na rynku dalej działa – maszyny zwiększają wartość pracy, efektywność przedsiębiorstwa i zgodnie z najlepszymi zasadami kapitalizmu, biorą udział w maksymalizacji jego wyników.

Świetlana przyszłość czy ciemnawa przeszłość?

Karl Marx pewnie nie spodziewałby się cytowania go w dobrym świetle na LinkedIn, ale muszę mu przyznać punkt za optymizm, bowiem był on jednym z pierwszych twórców sci-fi. Jego słynne political-fiction – komunizm – był ciekawym spojrzeniem na rozwój automatyzacji. Sądził on, że komunizm, do którego cywilizacja dojdzie drogą ewolucji, będzie systemem, w którym ludzie będą oddawać się pasjom, a roboty będą za nich pracować.

Cóż, nie jestem gotów poprzeć aż tak optymistycznej wersji przyszłości jako pewnej, ale bliżej mi do takiej, niż do Terminatora. Skoro czas intensywnej automatyzacji był czasem „intensywnego dobrobytu”, to z głową do góry powinniśmy iść tą ścieżką i zastępować człowieka maszyną.

  • Udostępnij materiał:

To może Cię zainteresować